Moja mama z tatą mnie bardzo kochali, zresztą tak jak cała wataha. Żyliśmy w spokoju i szczęściu. Jednak gdy miałam trzy miesiące stało się coś, co musiało zakłócić nasz wieczny spokój. Gdy po ciężkim dniu, położyliśmy się wszyscy spać, usłyszałam ciche kroki. Bałam się wtedy duchów, więc na wszelki wypadek nie otworzyłam oczu. Jednak po kilku minutach byłam zmuszona to zrobić, gdyż usłyszałam przeraźliwy krzyk od góry. Spałam na łapach mamy pod jej łbem. To ona musiała tak krzyczeć. Poczułam jak ręce mamy zwalniają ucisk nade mną i opadają bezwładnie na posadzkę. Spojrzałam na mamę. Była martwa. Już nie zamykałam oczu, bo przecież to nie mógł być duch skoro zabija. Spojrzałam w bok. Stał tam tato odważnie walcząc z obcym wilkiem.
-Rosalie, odejdź! Uciekaj i ratuj siebie!-To były ostatnie słowa mojego tatki, który po pięciu sekundach leżał martwy koło mojej mamy. O dziwo wataha nadal spała. Musiałam albo ich obudzić, żeby zaczęli walczyć, albo powinnam uciekać, aby nieznany wilk zaczął mnie gonić. Obie opcje uratowałyby życie reszcie. Postanowiłam uciekać. Tak jak przypuszczałam, wilk zaczął mnie gonić. Postanowiłam się poddać. Padłam na ziemię lekko skowycząc. Poczułam straszliwy ból na całym ciele.
-Leż spokojnie!-krzyknął wilk. Wziął mnie w pysk i pobiegł ze mną do lasu gdzie dotarliśmy do watahy porywacza.
-Och, widzę, że masz nową zdobycz.-uśmiechnęła się do nas jakaś wadera. Była śnieżnobiała i wyglądała tak jak moja mama. Serce przełamało mi się na pół z tęsknoty za mamą. Zaczęłam płakać, na co cała wataha wybuchnęła śmiechem. Porywacz wypluł mnie brutalnie z pyska i znów poczułam ogromny ból. Śnieżnobiała wadera, patrzyła się na mnie czerwonymi oczami. To ona musiała sprawiać ten ból. Zaczęłam skowyczeć.
-Proszę! Zostawcie mnie!-błagałam. Lecz chichoty członków watahy, zagłuszały moje piski. Torturowali mnie dzień i noc, na zmianę. A kiedy już dawali mi trochę odpocząć żyłam w pełnym strachu przed kolejnym cierpieniem. Tak było ponad dwa lata. W końcu zaczęłam się buntować. Nie zamierzałam żyć w wiecznym upokorzeniu, ze strony innych wilków. Gdy pewnej nocy wszyscy spali ja wymknęłam się z jaskini. Jednak na drodze znów stanął mi porywacz.
-Mógłbyś choć raz dać mi święty spokój?!-krzyknęłam wyzywająco do niego.
-Nie!-odparł. Po raz pierwszy odważyłam się użyć swojego najgorszego moim zdaniem żywiołu. Żywiołu Śmierci. Moje oczy zmieniły kolor na czarny i przejechały całe ciało przeciwnika. Ten zaś upadł a jego oczy zdawały się płonąć tęchlizną. Był martwy. Mimo, że wilk narobił mi tyle złego, było mi go żal. Pobiegłam jednak dalej w podróż. Byłam ranna od tortur, i lekko kulałam, jednak biegłam ile sił w płucach. W końcu ze zmęczenia i głodu padłam jak trup nad dziwną zatoką. Dziwną gdyż była wyjątkowo błękitna. Jednak nie zastanawiałam się nad tym dłużej. Od razu zasnęłam. Śnił mi się wilk, który mówił:
-Szczęście znajdziesz u siebie.- nie rozumiałam co to znaczy. Gdy w środku nocy na chwilę się ocknęłam zobaczyłam postać wilka. Chciałam wstać, lecz gdy zmrużyłam oczy, wilk zniknął. Następnego dnia zrozumiałam, że czas założyć własną watahę. Na cześć tego pięknego akwenu, gdzie przyśnił mi się ten cudny wilk, nazwałam swoją sforę watahą Błękitnej Zatoki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz